Kanion rzeki Tara

Tara – Europo przepraszam…      

Myślisz sobie momentami, że jesteś taki cholerny mądrala. Że dużo czytasz, wiele widziałeś i właściwie ciężko cię zaskoczyć- taki „Jasiu-wszystko wiem najlepiej”… Tak się odbierałem kilka lat temu twierdząc, iż Europa ma już bardzo mało do zaoferowanie jeśli chodzi o dzikie, przyrodnicze zakątki. Tak zwane „ miejsca mocy”, w których łatwo zagubić się w leśnych ostępach i gdzie w samotności można przemyśleć sobie kilka spraw. Byłem przekonany, że oprócz naszych kochanych Bieszczad, pewnej części wschodnich rubieży kontynentu, no i oczywiście Skandynawii, nie znajdę już takich punktów na europejskiej mapie. Pierwsze zaskoczenie jakie mnie spotkało nastąpiło w trakcie wypadu w Góry Granitowe, pasmo oddalone o około sto kilometrów od znanych Dolomitów włoskich. Przez ponad tydzień, błąkaliśmy się z plecakami, z moją „drugą połową” i parą przyjaciół.  Obcowaliśmy z naturą,  nie spotykając na szlaku innych turystów. Nie trzeba było silić się na wymuszone pozdrowienia i krzywe uśmiechy. Dotarliśmy tam co prawda w drugiej połowie września, po zakończonym sezonie, ale i tak byłem zaskoczony brakiem cywilizacji, spokojem i otaczającą ciszą – było niesamowicie…

Dlatego też, kiedy kilka tygodni temu mój mózg ignoranta zarejestrował informację, że w górach europejskich znajduje się jeden z najgłębszych kanionów świata, już nie byłem niedowiarkiem i przyjąłem to z pokorą. Szybko „popytałem  u wujka Google” oraz w innych źródłach i okazało się, że po Cotahuasi, Colca w Peru oraz Wielkim Kanionie Kolorado w USA, kanion rzeki Tara zajmuje czwartą pozycję w rankingu. Posiada 1300 metrów głębokości, ponad 80 km długości i można nim organizować spływy pontonem raftingowym lub kajakiem górskim. Dodatkowo ma niezaprzeczalną zaletę, znajduje się jedynie 1500 kilometrów od naszego kraju, a konkretnie w malutkim, bardzo uroczym kraju-Czarnogórze.

Bałkany oczarowały mnie już dwa lata po zadymie wojennej, jaka miała tam miejsce w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Był to czas kiedy Europa bała się odwiedzać te zapalne rejony. Było pusto i spokojnie. Co prawda, od czasu do czasu widok zniszczonych zawieruchą wojenna domów, psuła radosny nastój podróży, ale Chorwaci (bo ten kraj odwiedziłem kilkukrotnie) byli bardzo otwarci, sympatyczni i spragnieni turystów. Za wszelką cenę starając się przekonać nielicznych odwiedzających do urody i gościnności ich nowego państwa. Mnie zdecydowanie nie trzeba było przekonywać. Do teraz uważam, że region ten należy do jednych z najpiękniejszych zakątków Europy. Co prawda po dwudziestu latach komercja niestety dotarła i tutaj. Świat przestał już odczuwać lęk, zrobiło się o niebo drożej i coraz bardziej hotelowo. Jednakże dalej uroda tej krainy zachwyca i zapiera dech w piersiach.Od pewnego czasu rolę „dzikich Bałkanów” przejęła Czarnogóra. Ten sam śródziemnomorski klimat, ten sam lazurowy kolor wody i majestatyczne góry wyłaniające się z toni. Ale jeszcze tłumy „deptaczy” ze wszystkich rejonów świata nie dotarły w takim natężeniu jak to ma miejsce w Chorwacji. Co prawda mówi się, że ten malutki kraj wielkości naszego województwa, już odkryli krezusy i oligarchowie rosyjscy. Podobno wykupują całe wyspy i tereny nadmorskie, odgradzając się murem pieniądza i tłumem ochroniarzy. Prawdopodobnie już niedługo zmienią się realia i urok tego magicznego miejsca zacznie zanikać. Podobnie jak Chorwacja, Czarnogóra stanie się imperium komercyjnej turystyki. W tej chwili, tendencja ta powoli jest zauważalna już na wybrzeżu, ale w dalszym ciągu góry w głębi kraju, pozostają dzikie i tajemnicze, a szlaki trekkingowe trudne i wymagające, dające wytrawnemu włóczędze wiele radości i adrenaliny.

W objęciach wody…

Niecałe dwa tygodnie trwała moja przygoda z Czarnogórą i rzeką Tara. Wypad udany, ekscytujący, okraszony licznymi wywrotkami na kajaku, który nie do końca jest przystosowany do spływów na takich rzekach. Tarę ocenia się na dwa do czterech punktów w sześciostopniowej skali trudności spływu. Wszystko jest uzależnione od ilości deszczu padającego w określonym czasie, przez co teoretycznie niegroźna rzeczka potrafi bardzo szybko zmienić swoje oblicze. Mnie pogoda w czasie mojej wizyty nie rozpieszczała. W sumie nie powinno to dziwić biorąc pod uwagę, iż była druga połowa października. Mimo, że teoretycznie jest to klimat śródziemnomorski, jesień przychodzi tu stosunkowo szybko. Dodatkowo jest to teren podobno najbardziej deszczowy w całej Europie. Szacuje się tam opady na poziomie 5000 milimetrów rocznie i wyprzedza on pod tym względem nawet norweskie Stavanger. Dlatego też, nie złorzeczyłem „duchowi gór”, kiedy w czasie czterodniowego przebywania na rzece z nieba sączyła się duża ilość H2O. Rzeka przybrała znacząco i wymagała dużo więcej uwagi, a błędy częściej skutkowały niezaplanowanymi wywrotkami. Zawsze twierdzę, że spływ bez kąpieli to spływ stracony, ale bezsprzecznie Tara  powiększyła kilkukrotnie moją średnią, jeśli chodzi o ilość czasu przebywania w wodzie. Bezapelacyjnie kask i pianka jest tu nieodzowna. I to nie tylko jesienią, ale i w okresie letnim. Temperatura wody prawie  o każdej porze roku waha się w okolicach 4-7 stopni, dlatego też sucha pianka byłaby bardziej wskazana. Mój surfingowy strój jest niestety „mokry” przez co po sześciu godzinach wodnej zabawy, odczuwa się oznaki lekkiej hipotermii. (Dla wyjaśnienia sucha pianka od mokrej różni się tym, że ta pierwsza nie przepuszcza wody blisko ciała, natomiast mokra nasiąka. Następnie woda ta ogrzewa się od naszej temperatury i teoretycznie nie rotuje. Tworzy się w miarę względna powłoka cieplna, ale cały czas jednak odczuwamy wilgoć i chłód.)

         Sam kanion ma 83 kilometry długości, a na rzece mają miejsce dwadzieścia dwie katarakty. Plusem jest jednak brak wodospadów i to, że po każdej „szumiejce” uspokaja się na jakiś czas, dając możliwość po ewentualnej wywrotce szybko się pozbierać. Niestety, na moim kajaku, obciążonym sprzętem wyprawowym nie potrafię zrobić „eskimoski”, przez co po każdej kąpieli, aby móc kontynuować spływ, musiałem dotrzeć do spokojniejszej toni i zapakować się na łódkę z brzegu. Podobno fachowiec kajakarstwa górskiego zrobi „eskimoskę” nawet w wannie, ale ja niestety do nich nie należę. Ważną kwestią jest także przywiązanie wiosła do kajaka, aby w trakcie naszej zabawy nam nie uciekło. Wiem że znowu narażę się na słowa krytyki u profesjonałów , ale samotny trekking kajakowy po rzece górskiej, kieruje się lekko innymi prawami. Zgubienie wiosła i brak możliwości dalszego kontynuowania spływu w miejscu, gdzie kanion nie daje możliwości wyjścia bez sprzętu wspinaczkowego, nie nastraja pozytywnie i zwiększa potencjalne zagrożenie.

Jedyne naprawdę niebezpieczne miejsce na rzece, znajduje się między miasteczkiem Majkovac i charakterystycznym mostem Durdevica Tara. Jakieś siedem kilometrów od rozpoczęcia przełomu, kanion zwęża się do kilu metrów i wszystko nabiera tempa. Wystające ogromne głazy i kamienie, mocno utrudniają spływ. Rzeka pokazuje pazury… Z tego co się zorientowałem, nie organizuje się tam raftingu komercyjnego, ale fachowcy zaznajomieni z tematem na pewną mają tam świetną zabawę. Ja na moim „staruszku” przedarłem się jedynie do pewnego momentu, ale analizując z brzegu dalszą trasę, postanowiłem przeprowadzić i przenieść sprzęt ręcznie. Trwało to prawie pół dnia, ale nie widziałem możliwości uniknięcia na tym odcinku niebezpiecznej wywrotki. Dodatkowo niestety, przez następne dwa, trzy kilometry rzeka nie zwalnia tempa i mocno meandruje, przez co dostanie się z powrotem na kajak było właściwie niemożliwe. Oddanie się w jej władanie na tak długi okres, niespecjalnie mi odpowiadało…

         Co pewien czas uciekałem myślami od kwestii spływu i bezpieczeństwa. Znajdowałem chwilkę, aby bacznie rozejrzeć się dookoła i muszę stwierdzić, że kanion robi piorunujące wrażenie. Jego potęga i majestat oszałamia. Niestety, dużo jego uroku ginęło w oparach chmur i deszczu, uniemożliwiając w pełni zachwycić się kolorami jesieni i dzikością miejsca. Podobno latem jest okupowany przez turystów, ale w danej chwili „miałem go” jedynie dla siebie. Przez cały okres przebywania w jego wnętrzu nie spotkałem człowieka i tylko w oddali na stromych stokach, można było dostrzec zagubiony mały domek lub nikłe światełko, przebijające się nocą na tle niesamowitych i groźnych skał. Naprawdę piękny kawałek świata. Przez cały okres trwania mojej przygody marzyłem i prosiłem chociaż o jeden dzień, dany mi w prezencie, kiedy rozstąpią się chmury, przestanie siąpić deszcz i w blasku słońca będę mógł w pełni go podziwiać. Niestety nie dostąpiłem tego zaszczytu – „władca  gór” nie zrobił mi tej przyjemności… Przez to materiał filmowy i fotograficzny nie do końca  spełnił moje oczekiwania, a jedna z kamer, na skutek wilgoci, definitywnie odmówiła posłuszeństwa. Cóż… , tak bywa.

         Jednakże zdecydowanie nie powinienem narzekać, miałem niezłą frajdę. Przepłynąłem co zamierzałem, bawiąc się przy tym wyśmienicie i nabierając doświadczenia. Oprócz lekkiej kontuzji nosa, właściwie byłem cały. Jednakże ten mój lekko malkontencki charakter, zawsze musi wynaleźć jakieś cholerne minusy. Albo może już wewnętrznie, podświadomie kombinuję, jak odwiedzić go w lepszym, gorącym i słonecznym okresie. Ale czy starczy żywota, aby znaleźć potrzebny do tego czas, kiedy ogromny świat wokół  kusi nas i woła…