Patagonia

Ameryka Południowa od Oceanu Spokojnego do Atlantyku.patagonia

WYPRAWA: Samotne przebycie rowerem Andów, transportując górski kajak.
Dotarcie do rzeki Rio Chubut i spłynięcie nią do Oceanu Atlantyckiego.

TERMIN: Rozpoczęcie eskapady 02 luty 2010 r
Powrót około 15 marca 2010 r

ŚRODEK TRANSPORTU: Standardowy rower górski oraz specjalistyczny kajak przystosowany do ekstremalnych spływów górskich

DYSTANS DO POKONANIA: W sumie około 2000 km

BAGAŻ: Rower, kajak oraz wyposażenie – 83 kg

CEL WYPRAWY: Przebycie Ameryki Południowej rowerem oraz kajakiem przez górskie i pustynne tereny dziewiczej, trudnej Patagonii.

Pierwsza cześć wyprawy:
Transportując kajak, samotne przebycie rowerem Andów (około 1200 km).
Druga część wyprawy:
Spływ rzeką Rio Chubut do Atlantyku (około 800 km)

Dziewięć kilogramów sadła mniej…

Wyprawa „Patagońska 2010 -Ameryka Południowa od Oceanu Spokojnego do Atlantyku”  stała się już dla mnie historią. Można powiedzieć zakończoną szczęśliwie, ale znowu ten cholerny niedosyt…

Moje problemy z wszelkiego rodzaju służbami mundurowymi stają się wręcz  przysłowiowe. Byłem przekonany, że to moja gęba prowokuje „chłopaków przy władzy” do utrudniania mi życia.  Zawsze muszą wyłuskać mnie z kolejki oczekujących na odprawę, obmacać mnie ręcznie lub przyrządem do wykrywania metali ( wolę przyrząd) lub doczepić się do noża traperskiego „że za duży”, nie mówiąc już o deportacji czy cofnięciu z granicy, dokładając mi tym samym objazdówkę liczącą prawie  półtora tysiąca kilometrów… Właściwie się do tego przyzwyczaiłem. Znoszę to wręcz ze stoickim spokojem, choć to totalnie sprzeczne z moją naturą. Jednak  początek mojej chilijsko-argentyńskiej wycieczki musze przyznać, zaskoczył mnie.
Cały mój potrzebny sprzęt, czyli rower i kajak szedł transportem lotniczym, zupełnie niezależnie ode mnie.  I nie obciążony  moją twarzą. Miał wszelkie dokumenty  pozwalające mu znaleźć się na chilijskiej ziemi bez jakichkolwiek trudności.
A jednak… znowu panowie, tym razem w  mundurach celnych ukradli sześć ważnych dni z mojej wyprawki. I to nie widząc mnie…, muszę przyznać – byłem w szoku. Mądrale uparli się oclić mój bagaż na bardzo poważne pieniądze i żadne argumenty nie trafiały do ich szarych komórek. Wszędzie na świecie urzędnicy mają niestety tę samą przypadłość…
Tak więc, kiedy po tygodniu „walki”, biurokratycznego szarpania,  z uszczuploną kieszenią o ponad trzysta dolarków, znalazłem się wreszcie na rowerze, nie wierzyłem swojemu szczęściu. Gdyby nie Fawiola, znajoma Chilijka, która wykłócała się za mnie z iście hiszpańskim temperamentem, nie wiem czym by się to skończyło. Szczególnie, że w ząb nie znałem hiszpańskiego, a oni angielskiego.

Zawsze twierdzę, że w podróży najtrudniej jest przejść granicę państw do których się udajemy. Później to już leci z górki. Jednakże w ciągu całej wyprawy czułem ten brakujący tydzień . Etapy chcąc nie chcąc wydłużyły się znacznie, a radocha z tego co robię nie do końca docierała do mojej mózgownicy. Nie narzekam – taka jest prawda . W  moich wycieczkach staram sie nie być tak zwanym  „stachanowcem”- gnać totalnie do przodu  dla maksymalnej ilości kilometrów.  Lubię sie rozejrzeć, pogadać z ludźmi, popełnić fotki lub film. A tu goń człowieku bo terminy gonią…,horror. Jak do cholery w jakieś fabryce..!!! Jednakże cóż było robić –widać  taka moja karma… Nie lubię pospiechu, a prawie każda moja wyprawa była pod znakiem umykającego czasu. I ta niestety też.

Trasa mojego rowerowego etapu  zaczęła się w Temuco (Chile) i prowadziła jakieś 200 km w stronę Pacyfiku do wioski pod nazwa Porma . Tam też  miałem przyjemność zaznajomić się z Oceanem Spokojnym , zresztą po raz pierwszy. Dalej wiodła przez centrum Patagonii chilijskiej i argentyńskiej, miedzy innymi przez miejscowość Villarica, gdzie w planie było wejście na jeden z dwóch  jeszcze czynnych chilijskich wulkanów.  Faktycznie górka  przepiękna i niezbyt trudna do zdobycia(2840 m) , ale raki i czekan mile widziane.
Kolega, który trochę zna Chile i Argentynę twierdził , że to cywilizowany teren i że „smaczku zagubienia w dziczy” nie  poczuję. Jest to poniekąd prawda , zwłaszcza po stronie chilijskiej. Natomiast w Argentynie bywały tygodnie, ze człowieka nie uwidzisz. Jednakże zdarzyło się to tylko na etapie kajakowym. Prawie jak w Mongolii czy na Syberii . Tylko okolica zdecydowanie inna- nie mówię że gorsza , ale bardziej sucha i jałowa. No i zwierzyny dzikiej znacznie  mniej, zwłaszcza w okolicach rzeki Rio Chubut.
Rower spisywał sie wyśmienicie. Jedynie dwa razy  poszedł  łańcuch i kilka szprych. Pod sam koniec etapu rowerowego padły także tarcze hamulca tylniego, natomiast przednie trzymały zawzięcie, przez co kilkukilometrowe górskie zjazdy z przyczepką przy tylnim kole były mniej nieobliczalne. W sumie to niezły z niego „twardziel”, z roweru ma się rozumieć, biorąc pod uwagę , że z przyczepką dźwigał  ponad 170 kilogramów, a teren był jednak mocno pofałdowany, a i drogi często szutrowe i dziurawe. Pod koniec miałem już do niego taki szacunek, że nadałem mu ksywkę „Józek” i obiecywałem, że postaram się zabrać go z powrotem do Polski. A nie było to takie pewne. Z powodu trudności logistycznych była opcja, że sprzedam go za żarcie albo wódkę , z tendencją na to drugie. Zresztą w całej wyprawie, zarówno części rowerowej jak i kajakowej sprzęt spisywał sie generalnie dużo lepiej ode mnie. U mnie jak nie „nawaliła” nóżka , to rozbolała rączka. Dotychczas przeważnie było odwrotnie. Chyba się starzeję , a może za mało przygotowań…

Poważniejąc nieco, to chyba wszystko względnie sie udało- rowerem przejechałem co trzeba , wdrapałem sie lekko kulawy na ten wulkan, a góry okazały sie nie tak wysokie jak sie
spodziewałem (granice przechodziłem na  2200 metrów n.p.m.) Co prawda zdarzały się dni, że godzinami podprowadzałem mój pojazd pod górę, ale nie było to dla mnie zaskoczeniem, tego się spodziewałem.
Natomiast rzeka na etapie kajakowym „wycięła” mi wprost niesamowity numer. Zdecydowanie w mich założeniach nie brałem tego pod uwagę. Po prostu wzięła się i skończyła … Gdzieś na 500-m kilometrze przemieniła sie w strumyk wielkości siknięcia wielbłąda( Nie wiem czemu to skojarzenie przeszło mi do głowy. Chyba przez „Afrykę Nowaka”) Nic -tylko totalne  błoto i kamienie.  Kajak jest pneumatyczny, gumowy wiec nie przepada za takim podłożem. Półtora dnia nie kajak niósł mnie, tylko ja kajak-szlag by to trafił. Dziennie brodząc i ciągnąc sprzęt robiłem 15,20 kilometrów, aż rzeka przestała przypominać wodę  tylko gęstą , kleistą maź. Prawie nie nadawała się do picia , nawet po przefiltrowaniu.
W końcu gdzieś przy Paso de Condor, znalazłem jakąś zapomnianą przez Boga żwirową drogę, wytaszczyłem sprzęt i nastawiłem sie na stopa. Samochód w końcu się  pokazał , ale po 24 godzinach…  Fakt, może samochodów nie za dużo, za to skuteczność 100 procentowa
– zatrzymuje sie każdy. Zabrał  mnie  jakiś młody Gaucho, który zamienił na jakiś czas konia na Toyotę terenową z paką i na tej pace pokazał mi co to ekstremalna jazda bez trzymanki… Niestety,  z ciekawości spoglądałem przez szybę na szybkościomierz. Widniało tam 130,140 km/h, a na szutrowej nawierzchni ciągle mocno zarzucało. Miałem niezły przedsmak rajdu Paryż – Dakar, a moje trzy wywrotki na rzece  to „pikuś” przy jeździe tego gościa. Zapewnił mi odpowiednią dawkę adrenaliny na następne  kilka tygodni , daję słowo…
W sumie podwiózł  mnie  może ze sto pięćdziesiąt  kilometrów do  dużej,  widniejącej na mapie tamy. Od tego miejsca „moja” rzeczka już w uregulowanym stylu, podążała w kierunku miasta Trellew i Rawson, kończąc w końcu bieg w Atlantyku.
Oczywiście za tamą wróciłem na wodę, ale ostatnie  200 kilometrów nie były już tak wizualnie sympatyczne. Powoli zaczynała się cywilizacja, ścieki, śmieci i inne przyjemnostki… A tak jest prawie wszędzie, pierwsze oznaki bytności ludzkiej informują, że piękno przyrody kończy się i wyprawka ma się ku końcowi. Jest to niestety smutne.

Okoliczność autostopu  „urwała” mi z 850 kilometrowej rzeki jakieś 100, może 150 kilometrów. Nawet sie specjalnie nie zmartwiłem, mimo że do końca nie zrealizowałem swojego założenia: „ Rowerem i kajakiem od Pacyfiku do Atlantyku”. Oczywiście odczuwam przez to jakąś dozę  niedosytu, ale analizując moją wycieczkę, to muszę przyznać, że była totalnie  inna od poprzednich  i chyba o to chodzi. Fizycznie mocno dała się we znaki, rekompensując jednakże wieloma nieprzewidywalnymi sytuacjami i  bardzo zróżnicowanym krajobrazem.  W mojej przygodzie z wodą  i kajakiem jeszcze nie spotkałem rzeki, która kończy nagle swój bieg na przestrzeni  kilkudziesięciu kilometrów. Ale sami Argentyńczycy mówią, że ten rok był rekordowy jeśli chodzi o upały i brak wody . Uciekając na początku lutego od mrozów zimy nie przypuszczałem, ze wpadnę w tak gorące klimaty. Według mapy strefa ta ma charakter umiarkowany, a tam żar z nieba, gorąca- wręcz pustynna pampa i znikające rzeki… Jednak to prawda , że podróże kształcą.