W poszukiwaniu Szamanów

„Ten , który wie…” – Szaman w języku Ewenkóww_krainie_szamanow_2b

 

Wyspa Olchon, Syberia-kilkanaście lat temu

Irina i Witalij, kierując się na wschód w upalny dzień, przemierzają samochodem prawie niewidoczną dziką , polną drogę.  Żar niemiłosierny, słońce ostro operuje, a  niebo  bez jednej chmurki. Pył drogowy wdziera się w każdą szczelinę samochodu, zostawiając w ustach gorzkawy, nieprzyjemny posmak. Jednakże „niezniszczalny” sowiecki samochód terenowy marki Łada Niva, dzielnie prze do przodu. Są już spóźnieni, a chcę zdążyć na coroczne olchońskie spotkanie Buriatów. Podobno jest to bardzo wyjątkowa  impreza. Są Rosjanami, wykształconymi  lekarzami, mieszkającymi  na stałe w Irkucku. Od lat interesują ich obyczaje i kultura buriacka, ale przede wszystkim pragną poznać i nagrać obrzędy szamańskie, jakie od czasu do czasu mają tu miejsce.

Silnik kaszlnął, coś zagrzechotało w gaźniku, samochód zrobił kilka „żabek” i odmówił posłuszeństwa. Próba  powtórnego  uruchomienie  nie powiodła się i Witia otworzył  klapę silnika. Niestety, godzina zabawy w mechanika nie przyniosła spodziewanych efektów. Zrezygnowani oparli się o karoserię, godząc się na wielogodzinne czekanie. W tych okolicach spotkać inny samochód to prawdziwy cud.

Nagle na sąsiednim wzgórzu dostrzegli pojedynczą sylwetkę ludzką, która powoli zmierzała w ich kierunku. Kiedy zbliżyła się na tyle, że oczy zaczęły rozróżniać szczegóły, zobaczyli bardzo starego człowieka, odzianego w tradycyjny strój buriacki, ciut jednak jakby z innej epoki. Mimo panującego upału okryty był długa, ciężką kapotą. Szyję i ręce miał obwieszone skórzanymi paskami i wisiorkami, a głowę zdobiła mu charakterystyczna, niespotykana w tych rejonach czapeczka. Odzienie jego nie wywołało zdziwienia, stwierdzili że prawdopodobnie leciwy Buriat  zmierza na ten sam festiwal.

Starszy pan przywitał się po buriacku cichym, melodyjnym głosem pytając- co robią w tej bezludnej okolicy?- Kiedy naświetlili mu problem, spojrzał na nich wnikliwie i nieoczekiwanie zupełnie nie na temat stwierdził

– Ale z ciebie Witia to bardzo dobry człowiek, masz wybitnie ciekawą duszę, a co do samochodu to się nie przejmujcie, nic mu nie będzie-

Następnie oparł lekko rękę na masce silnika i zamilkł. Po pewnym czasie zaciekawiona Irina wyciągnęła z bagaży kamerę filmową i kiedy jej mąż uskuteczniał  rozmowę z lekko ekscentrycznym gościem, zaczęła nagrywać. Dziadek prezentował się naprawdę majestatycznie, nie mogła przegapić takiej okazji. Na koniec poczęstowali go wodą(na wódkę nie wyraził ochoty), kawałkiem czekolady i wizyta dobiegła końca. Stwierdził, że na niego już czas i życzy im wszystkiego dobrego. Długo obserwowali go, kiedy znikał za pobliskim wzgórzem. Staruszek wywarł na nich mocne wrażenie. Po pewnym czasie Witalij, tak dla zasady, spróbował odpalić silnik. Samochód zaskoczył bez najmniejszych problemów, ruszyli w dalszą drogę. Trochę spóźnieni, ale dotarli w końcu na obrzędy festiwalowe.

Pewnie cała historia i to spotkanie nie byłoby dla nich takie znaczące oraz prawdopodobnie  nie uraczyliby mnie tą opowieścią,  gdyby nie zaskakujący finał. Otóż kiedy wrócili po tygodniu do cywilizacji, do swojego domu w Irkucku, Irina wrzuciła na wideo cały materiał jaki nagrali przez okres swojej podróży. Najciekawiej przedstawiała się kwestia, kiedy jej mąż rozmawia z wiekowym autochtonem przed zepsutym samochodem. Na filmie widzimy Witię, który przez kilka minut ucina sobie rozmowę z …samym sobą. Postaci starego Buriata, ani jego głosu nie ma na żadnej, nawet pojedynczej klatce …

 

Szczecin-kilka lat później

Jadę zimową porą ulicami Szczecina. W moim mieście styczeń przeważnie nie należy do przyjemnych. Rzadko można cieszyć się białym puchem i zachwycać zimowymi widokami. Najczęściej godzinami siąpi deszcz, jest wilgotno, szaro i niesympatycznie. Aura teko typu zdecydowanie nie nastraja optymistycznie. Skręciłam w boczną uliczkę, impulsywnie kierując się do domu jednego z moich przyjaciół. Pomyślałem -pogoda wybitnie barowa, ale chociaż wódki się dzisiaj nie napiję to przynajmniej jakąś przyjazną gębę przy kawie sobie pooglądam.

-To co Czarny, nie zostaniesz, zrobimy sobie męski wieczór, pogawędzimy, napijemy się gorzałki…?- kusił po raz kolejny gospodarz.- Nie dzięki, muszę już wracać, obowiązki wzywają- także po raz kolejny odmówiłem.

Muszę przyznać ,że mój towarzysz bywa cholernie konsekwentny, jeśli chodzi o namawianie do „złego”. Zresztą zawsze był pełen sprzeczności. Duży, napakowany facet, ze skłonnością do imprezowania, alkoholu i awanturek. Z drugiej strony stonowany, inteligentny rozmówca, wczytujący się w książki o ezoteryce, szamanizmie, wyższych stanach świadomości. W różnych okresach swojego życia szkolący się w radiestezji , bioenergoterapii  i snach świadomych. Zanim  wypowie się na jakiś ważki dla niego temat kilkakrotnie to przemyśli. Po tym czasie jest nie do przekonania, uparty jak osioł, nawet jeśli ewidentnie nie ma w określonej sprawie racji.

Wielokrotnie godzinami rozprawialiśmy o jego zainteresowaniach i muszę przyznać,  że temat zaciekawiał mnie głębiej, wywołując coraz większą chęć poznawczą. Sam się specjalnie nie wychylał ze swoją wiedzą i umiejętnościami. Twierdził, że w jego wybitnie racjonalnej pracy odebrali by go jako niezłego „oszołoma”. Swojego czasu piastował stosunkowo poważne stanowisko i jego „czary mary” zdecydowanie nie pomogłoby w jego tzw. karierze… Przyznawał, że jestem właściwie jedyną osobą, z którą porusza temat z pełną szczerością.

-No dobra, nie chcesz się napić to nie, ale może masz ochotę wygrać troszeczkę „szmalu” w toto -lotka, co? –spojrzał na mnie z lekką ironią

-Z najwyższą przyjemnością- odparłem. Co prawda nie jest on dla mnie aż taki istotny, ale pewne poczucie wolności jednak daje. A przecież wiadomo, wolność najważniejsza.

-Ok, ale musisz mi określić ,czy chcesz mieć pięćdziesiąt procent szans na wygraną, czy sto? Zakłady są systemowe i trzeba wysłać minimum dwa kupony, aby mieć pewność wygranej. Liczby są na nich prawie identyczne, ale jednak ciut, ciut się różnią i za cholerę nie mogę dojść, które są pewniakami, wchodzisz?-

-Retoryczne pytanko, jasne że dwa, wolę mieć pewność  – podsumowałem

Koleś wypełnił mi dwa systemy po dziesięć skreśleń.(Kto płaci „podatek od szczęścia” ten wie o co chodzi…) Schowałem je do kieszeni i wróciłem do domu. Na drugi dzień zapomniałem o sprawie, zaaferowany pracą i innymi pierdołami. Godzinę przed zamknięciem kolektury przypomniałem sobie i zdążyłem jeszcze kupony nadać. Nigdy wcześniej nie grałem, dlatego też zdziwiła mnie kolejka przy okienku. Mam permanentny, pokomunistyczny uraz do stania w kolejce, ale pomyślałem sobie, że skoro już tu jestem, jakoś się przemogę. Po piętnastu minutach miałem to już za sobą.

Późnym wieczorem ocknąłem się z krótkiej drzemki i wyluzowany postanowiłem sprawdzić    „ moją” wygraną. I nagle jakby ktoś zdzielił mnie obuchem w potylicę, oczy mi wypadły z orbit-miałem dwie systemowe piątki. Każdy z dwóch kuponów był wygrany !!! Poczułem potężny szum w głowie, kiedy w lekkiej panice szukałem najważniejszej, szóstej cyfry zakładu. I co…?  I nic, nie znalazłem-tej nieszczęsnej, cholernej osiemnastki, umiejscowionej  gdzieś na uboczu kwadracika z liczbami…, złośliwa ironia losu.

Kiedy następnego dnia dotarłem do mojego kumpla, obciążony  kartonem „ napoju bogów”, przyjął mnie zupełnie spokojnie. Pytam się:

– Stary, a gdzie w twoich wizjach podziała się ta pieprzona osiemnastka? –Uciekła –odparł flegmatycznie-zupełnie nie mam pojęcia jak to się stało…

 

Jest to jedna z moich historii, która nie jest przeczytana czy zasłyszana , przeżyłem  ją osobiście. Mam  w zanadrzu  jeszcze kilka bardziej lub mniej ciekawych, które miałem przyjemność doświadczyć, a mogące często wydawać się mało prawdopodobne. Wygrana nie była powalająca, nie wywróciła mojego życia do góry nogami, nie podarowała pełni wolności. Ale zmieniła w jakimś stopniu mój stosunek do pewnych spraw. Bezsprzecznie spotęgowała chęć poznania w większym wymiarze zjawisk, które w naszym cywilizowanym świecie uchodzą za  „ściemę”, czary czy jakkolwiek tego nie nazwać. W jakiś nieuchwytny sposób otworzyła mój skostniały mózg.

 

Mój przyjaciel  jakiś czas temu zaproponował:

– Czarny, choć wybierzemy się do Jakucji, poszukamy tam jeszcze prawdziwych Szamanów. Mam wewnętrzne przekonanie, że prawdopodobnie odnajdę z nimi wspólny język.-

No i złapał mnie-połknąłem bakcyla i to do tego stopnia, że przez najbliższe kilka lat mam zamiar to czynić. Przez kraj ałtajski poszukiwania „Tych, którzy wiedzą,” prowadził będę jeszcze samotnie. Natomiast w Jakucji, mam nadzieję, znajdę się razem z moim ciekawym towarzyszem, jedynym „Szamanem miejskim” jakiego znam osobiście…

(ciąg dalszy po wyprawie)

 

OLCHON – święta wyspa mieszkańców południowej Syberii

Skalista, właściwie bezleśna wyspa, miej więcej po środku najpiękniejszego jeziora, jakie w życiu widziałem. Bajkał jest zdecydowanie magiczny, ale wyspa Olchon właściwie w tym miejscu nie pasuje… Dookoła przepiękne tajemnicze góry, dzika bujna przyroda i oto nagle surowe, skaliste głazy, wystające z granatowej głębiny  jeziora –z lekka  dysonans. Ale podobno, wyspa ta ma niewyobrażalne  pokłady energii ziemskiej  i  kryje naprawdę wiele tajemnic. Od  pokoleń dla Buriatów,  Ewenków i innych syberyjskich ludów święta ziemia  –  miejsce mocy. Zjeżdżają  się tutaj co roku , aby kultywować swoje stare tradycje i wierzenia, tańcząc w transie przy wtórze bębenków, nieodłącznego atrybutu Szamana. Religia czy może filozofia? Wiedza starsza niż chrześcijaństwo, islam i  judaizm razem wzięte. Gnębiona przez wieki okrutnie, ale wytępiona prawie doszczętnie dopiero przez  komunistyczny reżim, który karał kamłanie( czyli szamanizm) śmiercią lub łagrem. Właściwie  do lat dziewięćdziesiątych XX wieku w całkowitym zaniku, odradza się teraz nieśmiało w niektórych rejonach Syberii. Niestety, obecnie ciężko już stwierdzić czy kiwający się w dżinsach osobnik, uderzający rytmicznie w bęben i bywa zalatujący lekko gorzałką, posiada tą prastarą wiedzę naszych przodków,  przekazywaną  sobie w formie ustnej z ojca na syna. Czy może mamy jednak  do czynienia ze zwykłem hochsztaplerem , który znalazł sobie ciekawy sposób na życie oraz dodatkowe źródło dochodów. Naprawdę ciężko to wyczuć…