„Ałtajska Odyseja”

mapa male

Ponad 4000 kilometrów autostopem

Setki kilometrów konno i pieszo

Raftingowe spływy rzekami Czuja i Katuń  oraz  opłynięcie kajakiem największego jeziora Ałtaju

Wszystko po to, aby jeszcze lepiej poznać ten tajemniczy rejon świata…

…i dalej pozostał niedosyt

Cisza…, delikatny odgłos latających owadów, upajający aromat  ziół, no i ta niesamowita przestrzeń. Dziesiątki , setki kilometrów dzikiej , bezludnej przyrody .Brak  telefonu, komputera, pędu  cywilizowanego świata – czas stanął w miejscu. Powoli, stopniowo, błogi spokój ogarnia duszę i w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że na twoich ustach, błąka się lekki uśmiech – jesteś szczęśliwy.

Po raz kolejny  dwa miesiące w innym świecie. Częściowo w samotności, częściowo z ludźmi, którym chcesz pokazać  ten tajemniczy, pełen magii świat. W sercu masz głęboką  nadzieję, że poczują to samo co ty  i wrócą do domu:  inni,  lepsi , szczęśliwsi. Bo tak zazwyczaj działa na człowieka Ałtaj…

Clipboard08

Włóczęga bez celu, marzenia każdego włóczykija – jedna totalna niewiadoma. Nie masz pojęcia, gdzie spędzisz noc, kiedy napełnisz swój wiecznie zgłodniały żołądek  i  kogo  przyjdzie ci spotkać na swojej drodze. Dostrzegasz w oddali  horyzont i zupełnie nie zastanawiasz się, kiedy do niego dotrzesz. Czy to nie jest piękne marzenie…?

Moja „ałtajska odyseja” nie do końca miała taki charakter, ale jakaś jej część z pewnością – i było to bezsprzecznie  ciekawe doświadczenie.

——————————————————————————————

IMG_1005

Kanion rzeki Czułyszman 

-do niedawna trudno dostępny. Sto kilometrów tektonicznej rozpadliny. Jeszcze kilkanaście lat temu, aby do niego dotrzeć, należało przejechać samochodem do wioski Artybasz, a następnie przepłynąć promem lub motorówką Jezioro Teleckie, największe jezioro Ałtaju ( 80 km długości). Traciło się przy tym ogromną ilość czasu. Drugą ewentualnością, ale o wiele bardziej kosztowną, było  wynajęcie  helikoptera.  Obecnie droga lądowa biegnąca od południa (przez „Ułagański rejon”), stała się w miarę dostępna. Jednakże jest to podróż, na nasze warunki określana jako off-road. Pokonanie  200  kilometrów trasy od „Czujskiego traktu”, zajmuje cały dzień . Na samym końcu czeka nas „wisienka na torcie” – przełęcz  Katu-Jaryk. Karkołomny zjazd w dół kanionu o długości trzech kilometrów i przewyższeniu prawie kilometra. Balansowanie na skraju przepaści  z obsuwającymi się z pod kół kamyczkami  jest niezwykle  emocjonującym przeżyciem, szczególnie kiedy pełnimy rolę  pasażera…

Z  dziennika  włóczykija…

Wieczór zbliżał się nieuchronnie. Zaakceptowałem, że w dniu dzisiejszym  nie dotrę do Czułyszmana. Właściwie było mi wszystko jedno. Spokojnie przemierzałem rozkopy, które Sybiracy górnolotnie nazywają „drogą” i byłem zadowolony. Żaden kierowca od wczorajszego ranka, nie wyraził chęci podwiezienia  mojej skromnej osoby.  Liczyłem się z tym, że z moją gębą w „Ułagańskim rejonie”,  mogę mieć poważne problemy złapać stopa . Mieszkańcy cieszą się tutaj niezbyt ciekawą opinią. Podobno są jeszcze mniej przychylni,  niż reszta  Ałtajów. Skorzy do draki, alkoholu i bandytki. Nie lubią się bardzo z graniczącymi od wschodu Tuwieńcami. Podkradają sobie nawzajem konie i  bydło określając siebie, jak to ironicznie podsumował znajomy policjant-mianem „Apaczów” . Przy konflikcie miedzy adwersarzami, honorowe bójki na pięści raczej nie mają tutaj miejsca. Być może   tak się  zaczynają, ale przeważnie idą w ruch noże i od czasu do czasu broń palna. Prawie każdy Ałtajec, żyjący w tajdze,  posiada w swoim gospodarstwie owe narzędzie. Zazwyczaj służy do polowania , ale bywa że niekiedy, używana jest do wymiany rozbieżnych poglądów. Brzmi  to  trochę przerażająco i zakrawa na lekką przesadę, ale powtarzam tylko opinie Sybiraków wypowiadających się o „Ułagańskim rejonie” .

Dookoła rozpościerała się tajga, a góry do złudzenia przypominały nasze kochane  Bieszczady. Delektowałem się tym krajobrazem, zatapiając się w swoich myślach do tego stopnia, że przestałem nawet wysuwać kciuk na przejeżdżające z rzadka samochody. Dlatego nie odwróciłem nawet głowy

, kiedy usłyszałem zbliżający  się odgłos silnika. Dopiero kiedy kierowca krzyknął gromko – Ej, a ty gdzie maszerujesz !?  – z lekkim zaskoczeniem zwróciłem uwagę na to dziwo.  Jakiś odważny koleś – przeszło mi przez myśl.

Aleg był  przykładem typowego Sybiraka. Rubaszny, skory do śmiechu i na pierwszy rzut oka bardzo sympatyczny. Okazało się, że to były policjant na emeryturze. Dorabia sobie u przyjaciela jako kierowca. Powiedział mi o byłej  profesji  dopiero po pewnym czasie , ale nie wiem dlaczego-od razu się domyśliłem. Miał taki specyficzny sposób zadawania pytań. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, szczególnie, że wbrew przewidywaniom okazało się, iż jednak dzisiejszego dnia dojadę do, cieszącej się zła sławą  przełęczy Katu-Jaryk.  A byłem jej mocno ciekawy.

perewał

Była prawie noc, kiedy dotarliśmy na skraj kanionu i pewnie dobrze się stało. Nie do końca mogłem dostrzec,  co się dzieje pod kołami naszego auta w trakcie powolnego zjazdu na dno. W  takich sytuacjach o niebo lepiej czuję się za kółkiem samochodu, niż jako pasażer. Cóż – przejażdżkę tym duktem, mogę zaliczyć do dosyć ekstremalnych przeżyć. Szutrowa, kamienista droga, opada naprawdę stromo  i ciągnie się przez trzy kilometry na skraju urwiska.  Nie jest to co prawda, totalnie pionowa skała , ale wystarczająco spadzista ,żeby nagłe złapanie gumy, czy przypadkowe obsunięcie się kamyczków, spowodowało tylko jeden możliwy efekt – przeniesienie się w inny wymiar…  Lubię motyle w podbrzuszu , ale lubię jednocześnie, jak mam choćby minimalny wpływ na moją dalszą historię. Tu taka opcja nie była możliwa. Chyba, że bym zabrał swoje zabawki  i opuścił Alega oraz jego maszynę. A i to nie zawsze było wykonalne . Mojego nastroju nie poprawiło dodatkowo  zachowania  Sybiraka, który podjeżdżając do  skraju  800-et metrowego urwiska, zatrzymał się na moment. Popatrzył w mroczny i mocno opadający tunel  oświetlonej przez reflektory drogi i bez szczypty humoru powiedział – Ну брат славянин, раз мать родила – a następnie ruszył …

samochód                                                                                                Aleg

Aleg wcześniej zakomunikował mi, że każdy  kierowca po przejechaniu przełęczy  Katu-Jaryk jest zobligowany do wypicia stakana wódki. Oczywiście dzieląc się szczyptą z Duchami tego miejsca, w podzięce za szczęśliwy koniec. Myślałem że żartuję, ale po dotarciu na dno doliny Czułyszman,  mój gospodarz pierwsze co zrobił, to wyjął  0,7 litra tutejszego koniaku. Następnie wszystko rozlał w dwa metalowe kubki  i całość „wzięliśmy” na dwa pociągnięcia… Nie zwróciłem uwagi, czy podzielił się z Duchami , ale ja nie omieszkałem podziękować im za opiekę, uff.

ciąg dalszy niebawem…

————————————————————————————

0001aIMG_0979a IMG_0980a IMG_0987a

2 myśli na temat “„Ałtajska Odyseja”

  1. Bardzo dziękuję za wyjątkowo miły komentarz. Młodzież jest wymagającą publicznością. Miałem wiele prezentacji w szkołach i zawsze było to pewne wyzwanie. Dlatego tym bardziej cieszę się, że moja miłość do Syberii, została przez nich, no i oczywiście przez Panią doceniona. Pozdrawiam serdecznie.
    Andrzej”Szaman”Ziółkowski

  2. Byłam na prezentacji w Starej Rzeźni 15. 11. 2018 r. za grupą zapaleńców z V LO ze Szczecina ( jestem nauczycielem
    j. ros. w tej szkole) dobrowolnie na Kole j. ros. uczących się tego języka. Byli zachwycenie prezentacją (zdjęciami, krajobrazem, ludźmi, „szamaństwem, misiami”- wszystkim. Znaleźli też potwierdzenie tego co słyszą ode mnie, że Rosja to nie tylko literatura, piękne miasta z niezwykłymi zabytkami, ale też zwykli otwarci ludzie i niecodzienna przyroda którą warto zgłębiać i otwierać się na wszystko co inne i nowe. Najlepsza lekcja rosyjskiego dla mnie i dla moich uczniów. Bardzo dziękujemy.

Dodaj komentarz